Teresa Abramowicz - 40 lat w zawodzie – aż trudno uwierzyć, że zmiany są tak kolosalne - Wywiad

40 lat w zawodzie – aż trudno uwierzyć, że zmiany są tak kolosalne

Wywiad z Panią Teresą Abramowicz, kierownikiem Zakładu Medycznej Diagnostyki Laboratoryjnej w Wojewódzkim Zespole Specjalistycznym w Rzeszowie.

 Prowadzi Pani świetnie prosperujące laboratorium w Wojewódzkim Zespole Specjalistycznym w Rzeszowie. Od kiedy jest Pani kierownikiem tego laboratorium?

„Świetnie” to może na wyrost powiedziane, ale jest to laboratorium, które radzi sobie na rynku usług diagnostycznych – dosyć trudnym rynku, podlegającym różnym zmianom. Utrzymujemy się, nie narzekamy, pracujemy i pracy mamy dużo. Kierownikiem tego laboratorium jestem od 2001 r.

A jak długo Pani w tym laboratorium pracuje?

Pracuję tu od 1999 r. Przez dwa lata zajmowałam się w tej przychodni badaniami w pracowni radioimmunologii. Metody izotopowe są bardzo dobre, ale nie wytrzymują „próby czasu”. Każdy się spieszy i chce szybko mieć wyniki, w związku z czym diagnostyka izotopowa niejako umarła śmiercią naturalną. Chociaż uważam, że są to świetne metody i wielu producentów zestawów odczynnikowych odwołuje się do nich jako do metod referencyjnych.

Badań izotopowych Państwo już nie robią. A jakie badania są wykonywane u Pani w laboratorium?

Lista badań, które w naszym laboratorium samodzielnie wykonujemy, obejmuje ponad 270 pozycji. Są to badania podstawowe (w granicach 80 pozycji), czyli biochemia, hematologia, koagulologia, analityka ogólna, oraz badania specjalistyczne, przede wszystkim duża immunochemia, diagnostyka chorób zakaźnych, alergologia, bakteriologia, mykologia, parazytologia. Ale to nie wszystko. Jesteśmy laboratorium, które przede wszystkim służy naszym lekarzom specjalistom. Wymagają oni często badań specjalistycznych, jednak ich liczba nie jest na tyle duża, żeby opłacało się samodzielnie je wykonywać, w związku z czym współpracujemy z sześcioma podwykonawcami, którym powierzamy wykonanie wskazanych badań spośród kolejnych około 150 pozycji. Jeżeli liczba badań wysyłanych do podwykonawców rośnie, wtedy je przejmujemy. Sprzętu mamy sporo, więc kiedy to się zaczyna opłacać, możemy je wdrożyć u siebie.

To bardzo dużo. Ile osób potrzeba do pracy w laboratorium, którym Pani kieruje, aby móc obsłużyć tyle badań?

Pracujemy od 7.00 do 18.00, na dwie zmiany. W tej chwili w laboratorium pracuje 30 osób (razem ze mną). Jest to 15 diagnostów laboratoryjnych, 8 techników analityki, 4 młodszych asystentów i 3 osoby personelu pomocniczego: rejestratorka, sekretarka medyczna i pomoc laboratoryjna, która zajmuje się utrzymaniem czystości i porządku w naszym laboratorium.

To duży zespół.

Zgadza się, ale jest to również podyktowane tym, że nasze laboratorium wykonuje szeroki zakres badań i klasyfikowane jest jako 1 typ oraz profilowe w standardach pracowni diagnostyki laboratoryjnej i 1 typ (A) z diagnostyki mikrobiologicznej wg kryterium NFZ. W związku z tym pracują u nas specjaliści z zakresu analityki klinicznej, diagnostyki laboratoryjnej, mikrobiologii medycznej i laboratoryjnej parazytologii medycznej.

Skoro jesteśmy przy personelu – ubolewam, że w medycznych szkołach policealnych (dawniej medyczne studium zawodowe) został zlikwidowany kierunek technik analityki medycznej, bo dobry technik analityki to naprawdę duży skarb. Ma już przygotowanie teoretyczne i praktyczne, ma wiedzę i po konsultacji z diagnostą stanowi podstawową siłę roboczą w laboratorium. Teraz będą już tylko magistrzy. Nie wiem, czy to dobrze, ale taka zapadła decyzja. Cieszę się, że mamy naprawdę dobrych techników. Są bardzo pracowici, sumienni, pobierają krew, robią analizy. Są dużą podporą.

To, co jest również wyjątkowe w Pani laboratorium, to podejmowanie różnych działań edukacyjnych, nie tylko dla pracowników, ale też dla pacjentów i lekarzy. Proszę powiedzieć nieco więcej na ten temat.

Tak, staramy się, gdyż musimy się rozwijać, musimy dbać o siebie i o naszych zleceniodawców, czyli lekarzy oraz prywatnych pacjentów. Jak w każdym laboratorium, tak i u nas pracownicy robią specjalizacje. Wkrótce dwie osoby będą kończyć specjalizację z laboratoryjnej diagnostyki medycznej, a jedna z mikrobiologii medycznej. Jeżdżą też na kursy. Zdarza się, że wracają do laboratorium z tematem, który u nas się już przewija, albo właśnie wprowadzamy nowe badanie (np. kiedy poszerzaliśmy diagnostykę chorób zakaźnych o chlamydiozę, mikoplazmy, wirus Epsteina-Barr itd.), i te osoby na zebraniu wewnętrznym dzielą się informacjami z pozostałymi. Z takich spotkań prowadzimy zapisy na protokołach ISO, ja zaś odnotowuję to w zeszycie zebrań. Poza tym pracownicy dokształcają się we własnym zakresie (jeżdżą na kursy, konferencje, uczestniczą w zebraniach PTDL). Czasem zapraszamy kogoś z firmy zewnętrznej, tak jak np. w czerwcu były szkolenia dotyczące nietolerancji pokarmowych. Wprowadzając nowe badanie, przede wszystkim my sami musimy nabyć o nim wiedzę: o przygotowaniu pacjenta, o trwałości materiału biologicznego, o tym, co ten wynik znaczy, jak go interpretować, żeby umieć zaoferować to badanie naszemu zleceniodawcy.

Informację o nowym badaniu w naszej ofercie najczęściej osobiście zanoszę do lekarzy, co jest dobrze przez nich przyjmowane, a ponadto jest możliwość bezpośredniego kontaktu. Zresztą niejednokrotnie sami lekarze dzwonią lub przychodzą do nas podyskutować. Bardzo to sobie cenię, nie tylko dlatego – powiem tak nieskromnie – że są zadowoleni i nas pochwalą, ale też dlatego, że są sytuacje, kiedy im coś nie pasuje, mają jakiś skomplikowany przypadek kliniczny, który nie współgra z wynikami (jesteśmy otwarci na krytykę i wszelkie uwagi).

Mogą więc przyjść do Pani i po prostu o tym porozmawiać?

Tak, jestem otwarta. Dociekamy, dochodzimy, nikt tu się nie obraża, nie buntuje, nikt przecież nie jest nieomylny. Dzięki temu współpraca dobrze nam się układa i cieszę się, że nawet lekarze, którzy mają prywatne gabinety na mieście albo gdzieś dalej na Podkarpaciu, przysyłają do nas pacjentów na pobrania. Najlepszą reklamą jest dobra praca i to, jak się postępuje w kontaktach z pacjentem.

Ma Pani szerokie spojrzenie na to, co się działo w diagnostyce przez ostatnie lata. Czy mogłaby Pani powiedzieć, jakie przemiany zaszły w świecie diagnostyki laboratoryjnej, których była Pani świadkiem i które Pani szczególnie zapamiętała, np. jak pracowało się w laboratorium na początku Pani kariery, a jak pracuje się dziś?

To było dawno, strasznie dawno temu – 41 lat. W 1976 r. skończyłam analitykę kliniczną na Wydziale Farmacji Akademii Medycznej w Lublinie i zaczęłam pracę w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Rzeszowie przy ul. Chopina, bo chyba tak się wtedy nazywał ten szpital. Jak się pracowało? Otóż jeżeli zestawimy dzisiejsze warunki pracy i możliwości z tym, co było wtedy, aż trudno uwierzyć, że zmiany są tak kolosalne.

Można powiedzieć, że to była epoka kamienia łupanego?

Dokładnie. Od strony technicznej, manualnej było bardzo dużo pracy, ponieważ trzeba było wiele rzeczy przygotować: roztwory robocze, rozpuszczać odczynniki, kontrolki i kalibratory. Była taka pracownia w Laboratorium Szpitala – pamiętam, to był pokój 16: pracownia odczynników – gdzie ciągle ktoś stał i bełtał w tej kolbie miarowej, i mieszał… po prostu przygotowywał roztwory robocze odczynników. A sprzęt pomiarowy? Zwykła rzecz: odmierzanie, pipetowanie – no czym? Pipety szklane. Ciągnęło się ustami. Rękawiczek nie było, a często roztwory były żrące. Podam tu przykład odczynnika Błaszczyszyna, którego nie zapomnę. Odczynnikiem Błaszczyszyna oznaczało się cholesterol całkowity, a w skład, jak dobrze pamiętam, wchodził kwas siarkowy, bezwodnik kwasu octowego i kwas octowy, więc proszę sobie wyobrazić jego zapach. Nie dość, że to drażniło, to na dodatek jak gdzieś tam, nie daj Bóg, kropelka spadła, to dziura gwarantowana. Poza tym monooksym, orto-toluidyna, kwas pikrynowy, do tego gotowanie w łaźni wodnej, bulgotanie, no po prostu pełna kuchnia. Fartuchy z dziurami i plamami to była normalność. Szkło się tłukło nagminnie, ale wszystko trzeba było oszczędzać, więc jak mocz się oglądało pod mikroskopem, to szkiełka nakrywkowe pani w zmywalni myła, wycierała i powtórnie były używane (podstawowe oczywiście też). Pamiętam, gdy dostaliśmy „z darów” pipety automatyczne, to, Boże, co to było za wydarzenie! Pożyczaliśmy sobie nawzajem te pipety. Urządzenia pomiarowe w tamtych czasach to Spekol i później Epoll, czyli po prostu spektrofotometria czy nawet kolorymetria, papier milimetrowy, krzywik, ołówek i liczenie, a wszystko ręcznie. Jak dostaliśmy kalkulator, to już było duże ułatwienie.

Z kalkulatorem związane jest takie moje osobiste wspomnienie, którego nie zapomnę. Był styczeń 1979 r., kiedy z koleżanką, lekarzem pediatrą, pisałam pracę do publikacji. Rozbudowywałyśmy gospodarkę lipidową, bo oprócz cholesterolu całkowitego oznaczałam beta-lipoproteiny, lipidy całkowite, elektroforezę lipoprotein, a później cholesterol HDL metodami półenzymatycznymi (odczynniki Boehringer Mannheim). Siedziałam i próbowałam, potem to, co nam wychodziło, trzeba było policzyć. Wypożyczyłam kalkulator i liczyłyśmy w domu koleżanki i tak się zajęłyśmy pracą, że w pewnej chwili patrzę, a zaraz mi ucieknie autobus do domu. Kiedy biegłam na przystanek, potknęłam się o przymarzniętą cegłówkę, bo to był wieczór, upadłam, ale przede wszystkim musiałam ratować kalkulator, który miałam w torebce. Podniosłam więc ręce do góry i jechałam na kolanach. Tak nieszczęśliwie uderzyłam lewym kolanem w krawężnik, że oczywiście i spodnie były przecięte, i skóra, a na drugi dzień okazało się, że kolano coraz bardziej ciasno „chodzi”, w związku z czym zdjęcie RTG i okazało się, że to pęknięta rzepka w kolanie. Najważniejsze jednak, że kalkulator był cały i mógł nam służyć w laboratorium.

Wtedy walczyło się o kalkulator, a teraz mamy komputery. Pamięta Pani pierwszy komputer w laboratorium?

Tak, pamiętam. To było w pracowni izotopowej w latach 1986/1987, ale tamtych komputerów w ogóle nie ma co porównywać do dzisiejszych, bo: monitory były z małym ekranem, promieniowanie na oczy mocno szkodziło i jeszcze zajmowały kawał biurka (duże i ciężkie). Co do możliwości operacyjnych komputerów i użyteczności programów – to kolejna „przepaść”.

Gdyby więc ktoś zabrał Panią z lat 70. do współczesnego laboratorium, to byłoby dla Pani science fiction?

Często podkreślam, iż nie przypuszczałam, że za jednego życia tyle może się zmienić, że dożyję takich czasów, kiedy siedząc w jednym pokoju, będę mogła uczestniczyć w badaniach odbywających się zupełnie gdzie indziej. A weźmy np. kody kreskowe. Kiedyś byśmy powiedzieli: Co ty opowiadasz? Jakie kreski? Co to? Analizator czyta jakieś tam kreski i nie dość, że on to sam zrobi, to jeszcze odeśle wyniki badań do sieci, a ty tylko sobie klikasz i możesz je zatwierdzać? Kto by w to uwierzył?! To jest po prostu niesamowita rewolucja – nie ewolucja, tylko rewolucja.

W takim razie jakie zmiany w sposobie funkcjonowania laboratorium z tych, które miały miejsce w ostatnich latach, uważa Pani za kluczowe?

To nie są lata, ale dziesięciolecia zmian, bo na to jednak potrzeba czasu. Przede wszystkim informatyka, komputeryzacja, a co za tym idzie – elektronika, które weszły pełną parą, nowoczesne urządzenia (analizatory). Przedtem trzeba było wszystko przygotować, nalać, wylać, przepłukać kuwety, odmierzyć i potem to odczytać z krzywej kalibracyjnej lub podstawić do wzorca, a teraz gotowe zestawy odczynnikowe ładuje się do analizatora, wstawia się próbki pierwotne z kodem kreskowym i praca wre. To jest niesamowity przeskok.

A czy są jakieś obszary działania laboratorium, które mimo tego wielkiego postępu w diagnostyce stały się trudniejsze, bardziej uciążliwe?

Jeśli chodzi o pracę zawodową, to nie sądzę, by takie były. W tej chwili jest przecież tak, że można zobaczyć poprzednie wyniki danego pacjenta, zdecydować, powtórzyć, nie powtórzyć, zmienić np. metodę, do kogoś posłać, bo takie przypadki też są, że włos na głowie się jeży, bo nie wiadomo, co zrobić: w tej metodzie tak wychodzi, w tej metodzie inaczej… Ale przez to diagnostyka jest ciekawa, że nas czasami tak zaskakuje. Wydaje nam się, że wiemy, a potem się okazuje, że to niestety nie do końca tak. Ale dzięki temu – jak już mówiłam – ta praca jest ciekawa.

Natomiast może dość uciążliwa jest ta „papierologia”, bo – wiadomo – systemy jakości, Rozporządzenie Ministra Zdrowia, ISO 9001, kontrola zarządcza, kontrola wewnętrzna i ciągle instrukcje, raporty, procedury itd. Tego jest dużo. A poza tym jeszcze przetargi, bo mamy teraz możliwość wybierania. Jest dużo firm, odczynników, dużo opcji i na coś trzeba się zdecydować. Wymaga to niemałego zaangażowania. Kierownik laboratorium staje się bardziej menedżerem aniżeli fachowcem od diagnostyki laboratoryjnej. Ale niestety tak musi być, bo to, że mamy udokumentowane całe swoje postępowanie, prowadzenie kontroli czy innych zapisów, nas chroni. Pamiętam, co powiedział nam prof. Zygmunt Kopczyński w Lublinie podczas tygodniowego kursu systemu jakości: nie chodzi o to, że ty źle robisz, ale o to, żeby móc udowodnić, że robisz dobrze.

Należy udowodnić, że w tym okresie wszystko było pod kontrolą, sprzęt miał przeglądy, że kontrola wewnętrzna i zewnętrzna była prowadzona, że diagnosta laboratoryjny walidował wyniki badań. Ta papierologia jest czasem denerwująca, ale już się do tego przyzwyczailiśmy i rozumiemy, że tak już będzie to działać. A tak poza tym to się dobrze pracuje.

I jeszcze jedno pytanie dotyczące naszej dzisiejszej rzeczywistości. Duże laboratoria sieciowe często są postrzegane jako zagrożenie dla mniejszych placówek, takich jak ta, którą Pani reprezentuje. Jaka jest Pani opinia na temat działalności laboratoriów sieciowych? Czy one są podporą jako podwykonawcy rzadko zlecanych badań, czy może raczej zagrożeniem jako silni konkurenci na rynku usług diagnostycznych?

Z mojego kilkunastoletniego doświadczenia z sieciówkami wynika, że są „lepsze i gorsze”. Są takie, które się starają, i są takie, które mając duże menu badań i wiedząc, że my potrzebujemy ich uzupełnienia, nie starają się należycie. Ja zawsze podkreślam, że wszystko jest ważne: sprzęt, aparatura, wyposażenie, pomieszczenia, ale najważniejszy jest zawsze człowiek.

Przez kilka lat współpracowaliśmy z dobrym laboratorium sieciowym, potem, po przetargu, mieliśmy niestety incydent z dużo gorszym i ta współpraca została zerwana. Nie możemy akceptować bylejakości, gdyż przyjmując zlecenie na badanie, jesteśmy za nie odpowiedzialni. Jesteśmy odpowiedzialni za to, z kim współpracujemy. Musimy więc brać pod uwagę to, jaką ten ktoś gwarantuje nam jakość wykonywanych dla nas badań. Teraz współpracujemy z sieciówką, z której jesteśmy zadowoleni. W takiej współpracy ważny jest ten kontakt. Jeśli się tam zadzwoni, czy jeśli oni mają jakieś wątpliwości, natychmiast jest reakcja i każda ze stron stara się pomóc, naprawić, uzupełnić itd. Tak jak już powiedziałam, pewnie nigdy nie będziemy wykonywać tak szerokiego zakresu wszystkich badań, konieczne jest uzupełnienie naszej oferty o te rzadkie badania, które specjaliści czasem zlecają lub z którymi coraz częściej przychodzą pacjenci z prywatnych gabinetów albo ci, co chcą zapłacić i zrobić sobie badanie, o którym dowiedzieli się z Internetu czy z innych źródeł. Tak jak mówiłam, część z tych badań z czasem przejmujemy i robimy u siebie, ale nie wszystkie, więc dobry podwykonawca jest nam potrzebny jako uzupełnienie oferty.

Laboratoria sieciowe stanowią też pewnego rodzaju zagrożenie. Mając kilkadziesiąt placówek, wynegocjują u dostawców odczynników ceny, które są poza naszym zasięgiem. Co więcej, sieciówki między sobą konkurują, więc często ceny są dumpingowe. Oczywiście poodbierali nam kontrahentów, ja jednak przyjmuję to jako wyzwanie dzisiejszych czasów. Staram się przede wszystkim dbać o pacjenta, który tu przychodzi, żeby przychodził nadal, bo obserwujemy rzeczywiście duże przesunięcie w stronę badań odpłatnych, co jest z korzyścią dla nas, bo nie czekamy na przelew z jakiejś placówki, która ma długi i nie ma czym zapłacić, tylko pacjent robi badania i od razu przynosi też pieniądze.

Pacjenci na pewno doceniają możliwość takiego bezpośredniego kontaktu z Państwem.

Tak, dlatego, że np. laboratoria szpitalne są bardziej odsunięte od prywatnych pacjentów, bo – wiadomo – trzeba przejść przez izbę przyjęć itd., a u nas jest wszystko na jednym piętrze, dostępne od 7.00 do 18.00: i diagnosta laboratoryjny, i kasa, można odebrać wynik, zapłacić, zapytać, zadzwonić, dostać dostęp e-mailowy do swoich badań, uzyskać pomoc w interpretacji swoich wyników.

Tak jak ta pani, która tu przed chwileczką zajrzała?

Oczywiście. Idziemy, wyjaśniamy sprawę i już. Pacjenci są różni. Czasem mają rację, czasem nie, ale wszyscy uczymy się na błędach. Powiem szczerze, że przez kilkanaście lat pracy z tym zespołem, dzięki obserwacji, dużo rzeczy udało się polepszyć w relacjach międzyludzkich. Musimy zrozumieć też tę drugą stronę, trzeba postawić siebie na miejscu pacjenta, a chory człowiek czasami jest niedobry, zgryźliwy, za wiele żąda od nas czy wręcz stawia nas pod ścianą. Cierpliwością i uprzejmością zyskamy więcej, bo jak pacjent będzie zadowolony, to powie drugiemu, a jak będzie niezadowolony, powie dziesięciu innym.

Bardzo dziękuję za wypowiedź i gratuluję świetnie funkcjonującego laboratorium.

Dziękuję. Staramy się, jak możemy.

Rozmawiał: Paweł Krzemień
EUROIMMUN POLSKA Sp. z o.o.
www.euroimmun.pl

Nie znalazłeś odpowiedzi na nurtujące Cię pytanie? Prześlij je nam, a odpowiedź wkrótce ukaże się na blogu: blog@euroimmun.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.