Denga u diagnosty – autodiagnoza

Wywiad z Kamilą (31 lat), absolwentką analityki medycznej, doktorantką Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, prywatnie pasjonatką biegów długodystansowych i dalekich podróży, która pod koniec 2019 r. przeszła zakażenie, wywołane przez wirus gorączki denga

 

Pani Kamilo, proszę opowiedzieć, dokąd i kiedy ostatnio Pani podróżowała.

Ostatnia moja podróż rozpoczęła się 1 listopada. Wraz z mężem zaplanowaliśmy wycieczkę po Tajlandii. Wyjazd trwał pełne 14 dni, nie licząc lotu z i do Polski. Zwiedziliśmy m.in. Bangkok, Ajutthaję, Kanchanaburi ze słynnym mostem na rzece Kwai, a także wyspy Phi Phi i Phuket.

 

Czy w Tajlandii widziała Pani dużo komarów? Czy ich obecność wzbudziła Pani czujność?

Zdecydowanie nie, przez cały 14-dniowy pobyt w Tajlandii widziałam może dwa komary! Oczywiście byliśmy nastawieni na zupełnie inną sytuację, na to, że wręcz nie będziemy mogli się od tych owadów opędzić. Dlatego też zaopatrzyliśmy się już pierwszego dnia w miejscowe repelenty zawierające 50% DEET; wiedziałam, że nasze polskie niekoniecznie sprawdzą się na miejscu. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna – pierwsze i jedyne komary widzieliśmy dopiero na wyspach Phi Phi, czyli mniej więcej 10. dnia podróży. Jak widać – to wystarczyło.

 

Kiedy zaczęła Pani mieć niepokojące objawy? Jak przebiegała infekcja?

Pierwsze objawy zaczęłam odczuwać na szczęście dopiero w drodze powrotnej do Polski. Na godzinę przed międzylądowaniem w Moskwie pojawiła się silna przeczulica skóry, a poza tym było mi na zmianę zimno i gorąco. Po wyjściu z samolotu objawy nieco się zmniejszyły, więc wytłumaczyłam to sobie reakcją organizmu na ponad 9-godzinny lot. Niestety w czasie kolejnego lotu – już do Warszawy, objawy powróciły ze zdwojoną siłą. Czułam również, że jestem rozpalona i mam gorączkę, następnie pojawiły się dreszcze. Bardzo chciałam wrócić do domu, więc zdecydowałam, że jeżeli kolejnego dnia rano będę czuła się równie źle, wtedy poszukam pomocy medycznej.

 

We Wrocławiu trafiła Pani na izbę przyjęć do szpitala. Czy kiedy lekarze przeprowadzili z Panią wywiad, zaczęli podejrzewać choroby tropikalne?

Oczywiście, takie podejrzenia się pojawiły, gdyż wielokrotnie podkreślałam, że w nocy wróciłam z Tajlandii. Jednak ostatecznie opuściłam izbę przyjęć oddziału zakaźnego z diagnozą: zakażenie wirusowe, prawdopodobnie spowodowane przez wirus grypy. Dla mnie kluczowe na tym etapie było wykluczenie malarii, co też się stało po wykonaniu szybkiego testu diagnostycznego w tym kierunku. Na podstawie pozostałych wyników stwierdzono zakażenie wirusowe, otrzymałam również leki przeciwbólowe, elektrolity oraz receptę na oseltamiwir. Poinformowano mnie, że mogę zostać w szpitalu na dokładniejszą diagnostykę lub wrócić do domu. Ze względu na to, że – niezależnie od diagnozy – leczenie byłoby przede wszystkim objawowe, zdecydowałam się na tę drugą opcję. W kolejnych dniach miałam stawiać się regularnie na kontrolę do lekarza rodzinnego i wykonywać co kilka dni morfologię, oznaczenia enzymów wątrobowych oraz protrombiny. Widać więc, że denga lub inna gorączka krwotoczna była brana pod uwagę, jednak żaden z lekarzy nie był do końca przekonany do takiej diagnozy. Lekarze z izby przyjęć stawiali na grypę, a mój lekarz rodzinny na mononukleozę zakaźną.

 

Skończyła Pani studia na kierunku analityka medyczna. Jak Pani wykształcenie wpłynęło na ustalenie rozpoznania?

Myślę, że było kluczowe, gdyż lekarze ostatecznie nie rozpoznali u mnie dengi. Dla mnie najbardziej zastanawiające było to, że przez cały czas choroby był ze mną w domu mąż, który pozostał zdrowy. A grypa czy mononukleoza zakaźna to choroby, którymi bardzo łatwo się zarazić. Ponadto w pierwszych dniach miałam wysypkę na plecach, a w kolejnych na rękach i stopach, co również utwierdzało mnie w przekonaniu, że choroba nie została poprawnie zdiagnozowana. Zdecydowałam się wykonać prywatnie test EUROIMMUN Anti-Dengue Virus Type 1–4 ELISA (IgM i IgG). Potwierdzenie zakażenia wywołanego przez wirus dengi jest istotne w kontekście kolejnych podróży, gdyż ponowne zakażenie, spowodowane przez inny serotyp wirusa, może mieć poważniejszy przebieg. Po kilku dniach otrzymałam wyniki testu ELISA: IgM Ratio 5,7 (zakres referencyjny < 0,8); IgG 103 E/ml (zakres referencyjny < 16 E/ml), które potwierdziły, że zachorowałam właśnie na dengę.

 

Po jakim czasie wróciła Pani do zdrowia? Odczuwa Pani jeszcze skutki dengi?

Myślę, że do pełnego zdrowia jeszcze nie wróciłam, mimo że od mojego powrotu do kraju minął już miesiąc (wróciliśmy w nocy z 16 na 17 listopada). Przez pierwsze dwa tygodnie nie było mowy o normalnym funkcjonowaniu, czułam się bardzo źle, byłam osłabiona, miałam silne bóle głowy oraz mięśni i stawów. Po tym czasie postanowiłam wrócić do pracy i na uczelnię, jednak nie byłam jeszcze w stuprocentowej formie. Bardzo szybko się męczyłam i już w połowie dnia miałam problemy z koncentracją. Dzisiaj jest dobrze, ale skutki dengi widzę jeszcze wyraźnie w wynikach badań laboratoryjnych – do dziś mam leukopenię, trombocytopenię i podwyższony poziom enzymów wątrobowych, oraz w kondycji fizycznej – o bieganiu długich dystansów, co wcześniej było częścią mojej codzienności, nie ma jeszcze mowy.

 

Dziękuję za rozmowę. Życzę dużo zdrowia i bezpiecznych podróży!

Rozmawiała: Barbara Pawłowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.