„Żyje, znaczy zdrowy” – realia pracy w polskiej ochronie zdrowia

Wywiad z dr Karoliną Bukowską-Strakovą z Zakładu Immunologii Klinicznej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, KZZPMLD

 

Niedawno ponownie wprowadzono obostrzenia w związku z szybko rosnącą liczbą zakażeń SARS-CoV-2. Wszyscy obawiają się przeciążenia systemu ochrony zdrowia i niewydolności szpitali. Jak wygląda sytuacja w laboratoriach diagnostycznych z Pani perspektywy? Jakie są możliwe scenariusze na najbliższe miesiące?

Niestety my też nie jesteśmy „wirusoodporni”. Nie znam zespołu, który nie byłby okrojony z powodu zakażeń czy kwarantanny. Teraz co prawda zniesiono obowiązek kwarantanny dla medyków – jeśli nie ma objawów, medyk „z kontaktu” może wrócić do pracy na podstawie ujemnego wyniku testu antygenowego, co jest o tyle zabawne, że test antygenowy jest wiarygodny tylko w przypadku pacjentów z objawami i tylko w przypadku otrzymania wyniku dodatniego. Dla pracowników ochrony zdrowia wytyczne są dokładnie odwrotne – osoba bez objawów na podstawie wyniku ujemnego wraca do pracy – w myśl zasady: „żyje, znaczy zdrowy”. Rozumiem, że polska ochrona zdrowia nie może sobie pozwolić na wysyłanie swoich kadr na kwarantannę, rozumiem, że jeśli ktoś wybiera zawód medyczny, musi mieć świadomość, że w takiej sytuacji jak ta wymaga się od niego więcej (tak jak żołnierz nie idzie do wojska tylko na czas pokoju), jednak tak sprzeczne wytyczne dla pracowników ochrony zdrowia nie wyglądają profesjonalnie.

Teraz, po zamknięciu szkół, część osób będzie musiała zostać z dziećmi. Teoretycznie szkoły mają obowiązek zapewnić opiekę dzieciom medyków, ale już dochodzą nas słuchy z różnych stron kraju, że szkoły organizują opiekę tylko tym dzieciom, których rodzice są bezpośrednio zaangażowani w walkę z wirusem. Jest to o tyle nie fair, że według wytycznych (https://www.zus.pl/o-zus/aktualnosci/-/publisher/aktualnosc/1/dodatkowy-zasilek-opiekunczy-od-9-listopada/3653466?fbclid=IwAR2TfT6V8Wc4Nz_xRcYhZYrSEVW-zxcRer0_TxOSF4pdIY_Z1_6lIHs0bqE) żaden pracownik medyczny nie dostanie zasiłku opiekuńczego na dziecko, ale świetlica będzie tylko dla tych, którzy walczą z COVID-19. Podobnie jest z dodatkami za pracę – dostaną tylko ci, którzy pracują w laboratoriach COVID-19 z listy ministra, ale brak kwarantanny dotyczy wszystkich. To w końcu wszyscy jesteśmy potrzebni w pracy czy nie wszyscy? Obawiam się, że takie zasady pogłębią jeszcze bardziej braki kadrowe w MLD i nasilą problem odchodzenia diagnostów z zawodu.

 

Obecnie obserwujemy w prasie i mediach nagonkę na lekarzy, diagnostów laboratoryjnych, ratowników medycznych i innych pracowników ochrony zdrowia. Mówi się o ich rzekomym „niezaangażowaniu” w pracę, a jeszcze niedawno byli postrzegani jako bohaterowie. Jakie są teraz nastroje wśród diagnostów laboratoryjnych?

Jeśli chodzi o problemy, z jakimi się borykamy w odbiorze naszej pracy, to można wymienić dwa podstawowe. W niektórych miejscach, gdzie czas oczekiwania na wynik jest dłuższy, pacjenci oskarżają laboratoria o opieszałość, nie biorąc pod uwagę, że wynika to najczęściej z braków kadrowych lub problemów z dostawą odczynników czy plastików niezbędnych do oznaczeń. Zdarza się, że laboratoria otrzymują wręcz wulgarne e-maile od sfrustrowanych pacjentów – na szczęście do sytuacji takich dochodzi sporadycznie.

Bardziej powszechna kwestia dotycząca naszej pracy to niewiara w rzetelność testów.

 

Diagnosta laboratoryjny często stoi w cieniu lekarza, choć jego praca jest niezwykle odpowiedzialna. Czy podczas trwającej pandemii coś się w tej kwestii zmieniło i czy diagności zaczęli być bardziej zauważani? Na jakim etapie są prace nad projektem nowej ustawy o medycynie laboratoryjnej?

Myślę, że na pewno już wszyscy wiedzą, że wyniki wydają diagności. Efekty naszej pracy to w końcu jeden z ważniejszych newsów dnia – prawie każdy pyta: „Ile dziś mamy przypadków?”. Od efektów naszej pracy Ministerstwo Zdrowia uzależnia dalsze etapy postępowania.

Środowisko diagnostów zgłosiło liczne uwagi do ustawy o medycynie laboratoryjnej już w lipcu, niestety o dalszych losach nowelizacji nic nie wiadomo. Jednocześnie dopuszcza się testy wykonywane w systemie POCT do potwierdzenia przypadku COVID-19, mimo iż, jak wspomniałam, status prawny badań POCT i odpowiedzialności za tak uzyskany wynik nie jest obecnie regulowany na poziomie ustawy czy rozporządzenia. To tylko potęguje problem, jakim jest brak odpowiedniego aktu prawnego.

Jedyna dobra wiadomość dla środowiska jest taka, że w listopadzie minister zdrowia wydał prezesowi NFZ nowelizację polecenia dotyczącego poszerzenia grupy osób upoważnionych do dodatków dla pracowników medycznych „wykonujących czynności diagnostyki laboratoryjnej” w walce z COVID-19. Nawet szumnie ogłoszono w mediach, że diagności dostaną dodatki. Jednak jest pewien haczyk. Dostaną tylko ci ze szpitali I, II lub III stopnia zabezpieczenia, którzy jednocześnie mają podpisaną umowę z NFZ na testy molekularne w kierunku SARS-CoV-2. A przecież nasza praca z pacjentem chorym na COVID-19 nie przekłada się tylko na pozytywny wynik testu w kierunku SARS-CoV-2 – to dopiero początek. Samo Ministerstwo Zdrowia w sekcji „Wytyczne dla poszczególnych zakresów i rodzajów świadczeń” w poszczególnych odnośnikach zamieściło całe pakiety badań laboratoryjnych, jakie należy wykonać u pacjentów z COVID-19, i nie kończą się one bynajmniej na teście molekularnym w kierunku SARS-CoV-2. U osoby ze stwierdzonym zakażeniem wykonujemy cały szereg badań laboratoryjnych, służących ocenie jej stanu czy ewentualnych powikłań wielonarządowych, mogących wystąpić w przebiegu choroby (badania biochemiczne, hematologiczne, serologiczne, mikrobiologiczne, immunologiczne, monitorujemy u takich pacjentów również ewentualne choroby podstawowe, tj. kardiologiczne czy diabetologiczne). Często są to badania z użyciem tych samych wysoce zakaźnych materiałów co do badań PCR, takich jak wymazy z nosogardzieli, popłuczyny z drzewa oskrzelowego, niektóre badania wykonywane z próbek krwi czy moczu pacjentów sprzyjają powstawaniu aerozoli, będących potencjalnymi drogami zakażenia, inne opierają się np. na hodowli in vitro komórek zakażonej osoby. Zatem wszyscy diagności w szpitalach II, a już stanowczo III poziomu zabezpieczenia pracują w całości na rzecz pacjentów z COVID-19. Drugi ważny aspekt naszej pracy w walce z pandemią to leczenie pacjentów z wykorzystaniem osocza tzw. ozdrowieńców. Diagności w pracowniach RCKiK zajmują się pobieraniem, badaniem, preparatyką, przechowywaniem i wydawaniem osocza ozdrowieńców na rzecz podmiotów leczniczych w całej Polsce. Dlatego mamy nadzieję, że minister zmieni treść polecenia, poszerzając je o wszystkich pracowników MLD narażonych na zakażenie wirusem SARS-CoV-2 podczas wykonywania czynności diagnostyki laboratoryjnej. Na razie wygląda to tak, że dodatek wypłacany jest za procedurę czy wręcz metodę, a nie za ryzyko (jak w przypadku osób dostających dodatek z uwagi na kontakt z pacjentem). Nasza praca nie sprowadza się przecież do technik laboratoryjnych. To tak jakby podzielić pielęgniarki na te, które podłączają respirator, i te, które wykonują mniej spektakularne czynności związane z pacjentem z COVID-19, np. pobranie krwi.

Niestety w praktyce wygląda na to, że niewielu z nas zostanie docenionych dodatkiem – ci ze szpitali II lub III stopnia go nie dostaną, jeśli nie mają umowy z NFZ, a ci z laboratoriów pozaszpitalnych, mimo że mają umowę z NFZ, też nie, bo nie są częścią szpitala. Ot, takie wytyczne. Osobiście uważam, że dodatek powinien być kwotowy, a nie procentowy, wyceniony odpowiednio dla osób narażonych na kontakt z pacjentem i dla osób narażonych na kontakt z materiałem biologicznym.

O tym, że Ministerstwo lekce sobie waży rolę laboratoriów w ochronie zdrowia, świadczy również fakt, że w Szpitalu Narodowym nie przewidziano MLD. Doniesienia prasowe mówią, że próbki transportowane są dronami do odległego o 8 km laboratorium. Czyżby zapomniano, że badania nie robią się same?

 

Dziękuję.

Rozmawiała: Małgorzata Kozłowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.